Coraz częściej w interakcjach z moim czteroletnim synem łapię się na frapującej myśli: “ja tak nigdy się do moich rodziców nie odzywałam…”, “skąd on to wie? Ja do tego doszłam w wieku 30 lat!” Taki przykład: Czy kiedykolwiek powiedziałyście swojemu rodzicowi dobitnie, będąc przedszkolakiem: “Przerwałaś mi i ja teraz tobie przerywam, żeby dokończyć moje zdanie!” [więc milknę przygwożdżona trafnością wypowiedzi i zaraz szukam w otchłaniach pamięci, czy może ja kiedyś coś podobnego moim rodzicom? Jako czterolatka? Nie. Jako czternastolatka? Nie. Jako dwudziestoczterolatka, nie, nic podobnego nie pamiętam. Biorąc przykład z syna, może jako trzydziestoczterolatka niedługo…]

Przeszukiwanie pamięci jest i bezowocne, i bezsensowne, bo “za naszych czasów” dzieci i ryby głosu nie miały. Jak się okazuje, czasy te minęły bezpowrotnie – z rybami w większości przypadków pewnie nadal ciągłość niemowy pozostała, natomiast z dziećmi – dokładnie odwrotnie. Dzisiejsze dzieci są całkowicie inne. Jeśli zastanawiacie się, dlaczego, to w tym artykule znajdziecie propozycje wyjaśnień i – mam nadzieję – zachętę do dyskusji o swoim własnym dzieciństwie w porównaniu z dzieciństwem naszych dzieci.

Chcąc porównać te dwa dzieciństwa, już natrafiamy na trudność – czasy są przecież tak radykalnie odmienne od tego, co było 30 lat temu. Jeśli społeczeństwo się zmieniło (poprzez technologie i relacje), to jakim cudem dzieci miałyby pozostać zmianami nietknięte? Kolejne generacje wyznają inne wzorce, kierują się innymi wartościami, jakże zatem dzieci kolejnej generacji miałyby odpornie realizować wartości dziadków i pradziadków? Tutaj jest zatem pierwsza, największa zmiana. My jako dorośli nie zachowujemy się tak, jak nasi rodzice. Zatem oczywistym jest, że przekłada się to na zachowanie naszych dzieci. Kiedyś schemat był bardzo klarowny: zazwyczaj ojciec – głowa rodziny – wychodził do pracy, w której wykonywał polecenia szefa (lub udawał, że wykonuje). W domu mama wykonywała polecenia taty (lub udawała, że je wykonuje), a dzieci wykonywały polecenia rodziców (lub…, choć to nieliczni). Wzorce uległości i posłuszeństwa były na porządku dziennym. Nieomylność dorosłych, szczególnie ojca, rzadko były kwestionowane, a jego decyzje najczęściej miały rangę niepodważalnych i nieodwołalnych. Porządek, hierarchia, przewidywalność, do czasu. Do czasu, kiedy to tata stracił kontrolę nad mamą. Wtedy i oni stracili kontrolę nad dziećmi – tak podsumował to Rudolf Dreikurs.

Ta zmiana społeczna sięga dużo głębiej. Tak samo szef stracił kontrolę nad tatą, to znaczy swoim pracownikiem. Już go nie zmotywuje marchewką, nie postraszy kijem. Tata i mama jako pracownicy potrzebują i oczekują czegoś zupełnie innego – szacunku, równego traktowania, poczucia sensu, prawa do swojego zdania, wyrażenia pomysłu, bycia potraktowanym poważnie i godnie. Dziwnym trafem, podobne oczekiwania i potrzeby mają teraz dzieci. Też chcą być szanowane, a nie straszone groźbami. Traktowane po partnersku, a nie poniżane. Dokładnie taki dajemy im przykład, więc – będąc mistrzowskimi obserwatorami otoczenia – taką właśnie rzeczywistość biorą za pewnik. Dziwimy się, że kary i nagrody nie działają? Zastanówmy się nad taką sytuacją:

Mama ugotowała wspaniały obiad. Włożyła w to ogrom serca, najpierw przemyślane zakupy, odpowiednio do zaplanowanego menu, w którym ułożyła pożywne, zdrowe i smaczne posiłki dla swoich najbliższych. Spędziła dużo czasu w kuchni, z radością gotując, choć stopy obolałe od stania przy garnkach, a ręce zmęczone od krojenia, szatkowania, mieszania, przekładania patelni. I kiedy zasiadają wszyscy do stołu, a aromat świeżego, domowego, wspaniałego obiadu unosi się w całym domu, tata, smakując pierwszy kęs, z uznaniem mówi:

“Brawo, kochanie, pyszny obiad ci wyszedł. Dam ci za to naklejkę…, a raczej: pozwolę Ci obejrzeć sobie serial na Netflixie. A jak jutro nie ugotujesz takiego obiadu, to serialu nie będzie, więc pamiętaj, taki obiad to jest to. No, czemu nie jesz?”

Mama nie je, bo w oczach ma dwa okrągłe rozczarowania i mętlik w głowie. Czy czuje się doceniona, potraktowana poważnie? Czy jutro ugotuje posiłek z takim samym zaangażowaniem i motywacją? Czy rośnie w niej frustracja i niezgoda na takie traktowanie?

[Oczywiście role można zamienić. To tata gotował i pracował w kuchni, a mama go “pochwaliła”. Nie ma to znaczenia w przytoczonej scence].

Dlaczego nie sądzić, że dziecko nie ma podobnego mętliku i podobnych odczuć, kiedy dokładnie w ten sposób postępujemy?

Kolejna zmiana względem naszego dzieciństwa to zwiększony nieproporcjonalnie do zagrożeń parasol ochronny, rozpostarty nad dziećmi, przez co pozbawiamy je możliwości nauki radzenia sobie z przeciwnościami losu, z frustracją, z rozczarowaniami. Robimy to oczywiście w imię miłości, dając od siebie ogrom, nie żądając nic w zamian. W naszej nadopiekuńczości usuwamy każde źdźbło z ich drogi, by się przypadkiem nie potknęły. A często w natłoku spraw i obowiązków, w przekonaniu “zrobię to szybciej i lepiej” uniemożliwiamy im rozwój koniecznych umiejętności, dzięki którym poradzą sobie w wielkim świecie. Nie zdają sobie wtedy sprawy, jak i czy wpływają na swoją rodzinę i nie są świadomymi członkami większej wspólnoty. Brak poczucia przynależności i odpowiedzialności uczyni z naszych dzieci w przyszłości nieempatycznych indywidualistów, żyjących w ugruntowanym (przez nas!) przekonaniu, iż wszystko im się od świata należy i sami niczego nie potrzebują od siebie dać, by stworzyć szczęśliwe życie – w zgodzie ze sobą oraz z innymi.

Dlatego niezwykle istotne jest to, byśmy jako rodzice zauważyli ten trend wychowawczy w swoim wykonaniu i świadomie mu przeciwdziałali. Jak? Pozwólmy dzieciom budować poczucie odpowiedzialności za siebie i swoich bliskich, uczmy ich zaangażowania, automotywacji, przeżywania wzlotów i upadków, radzenia sobie ze swoimi trudnymi emocjami, których życie nie będzie im szczędzić. Jak ich tego nauczyć? Jak umiemy najlepiej… żeby móc kogoś nauczyć, sami potrzebujemy już to umieć. Możliwe, że i my mamy kłopot z porażkami, z rozczarowaniami, z radzeniem sobie z przeciwnościami. Dzieci nas obserwują wnikliwie i doskonale wiedzą, jakimi sposobami sobie wówczas pomagamy, jakie są nasze reakcje, słowa, czyny. To im służy za podstawę własnej nauki. Jeśli nie radzimy sobie tu najlepiej, zawsze możemy się w tym poprawić. Na szali jest dobrostan naszych dzieci w ich życiu, więc gra zdecydowanie warta świeczki. Otwierają się możliwości ogromnego rozwoju nie tylko dla nich, ale też dla nas jako rodziców, a dopiero świadome życie w ciągłym poszerzaniu swoich horyzontów jest życiem pełnym.

Nigdy już nie będzie tak, jak było… I całe szczęście! Czerpmy pełnymi garściami z możliwości i okazji, jakie oferuje nam teraz świat. Czerpmy mądrze!

Jakie są Twoje obserwacje? Co jeszcze według Ciebie może być przyczyną tego, że już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś? Porozmawiajmy w komentarzach, podziel się swoimi wrażeniami!

[Zdjęcie: Laura Fuhrman]