Matka pracująca jako dyscyplina sportu (niemalże ekstremalnego) na Olimipiadę to pomysł, który pojawił się w mojej głowie szczególnego dnia. Takie dni zapadają w pamięci i są pożywką dla (fałszywych) przekonań, że nie da się sprostać wszystkim wyzwaniom codzienności i z pracą, i z dziećmi.

Skąd skojarzenie ze sportem ekstremalnym?

Wczoraj był taki dzień. Wyobraź go sobie: od miesięcy czekasz na ten projekt. Jest wielki, ważny, najpilniejszy, zależy od niego niemal wszystko. Ustalasz zawczasu logistykę przedszkolną (odbiory) oraz żywieniową (całą niedzielę gotowałaś i zapełniłaś lodówkę zdrowymi potrawami, które trzeba jedynie podgrzać, bo Ciebie nie będzie o takiej porze, kiedy domownicy jeszcze nie śpią, nie wspominając o porze jedzenia). I jest, nadchodzi ten poniedziałek, kiedy wszystko startuje. Elegancja Francja. Czujesz jak masz wszystko pod kontrolą, jesteś Panią Życia, wiatr w żagle, nabierasz powietrze pełną piersią, rozwijasz skrzydła i… wiatr jak to wiatr, nagle w oczy: dziecko ma gorączkę. Jest 22:00, jedziesz najszybciej jak się da taksówką do domu i czujesz jak się w Tobie wszystko drze (“zawsze tak jest!!!”) i rozdziera. Oczywiście wiesz, ze zdrowie Twojego dziecka jest najważniejsze i najcenniejsze. Tu nie ma miejsca na kompromisy. Priorytet jest ustawiony, niezmienny, niezachwiany. Jest też w środku poczucie niesprawiedliwości, co też normalne: przecież z mistrzowską precyzją wszystko zaplanowałaś, pogodziłaś, ustawiłaś, więc dlaczego, jak mogło się to nie udać? I czy już się nie udało? Czy może z odrobiną logisytcznej wytrwałości jednak ma szansę się powieść? Zatem powstaje z poniedziałku na wtorek nowy plan zakładający zmienną, ale trwałą i dobrą opiekę nad małym pacjentem, który jak pokazują następne dni zdrowieje w oka mgnieniu, ale tego w nocy w poniedziałek wiedzieć jeszcze nie możesz. W poniedziałek w nocy jesteś nawet skłonna uwierzyć, że to Twoje własne najmądrzejsze na świecie dziecko zwąchało ten Twój arcyprojekt już zawczasu i odkryło Twój plan spędzenia całego tygodnia w pracy i dobyło natychmiast broni najskuteczniejszej, czyli gorączki, aby zapewnić sobie zmianę Twojego planu, ustawiając siebie na jedynym słusznym, pierwszym najpierwszym miejscu.

 

Jest wtorek i pracujesz od świtu, zapomniawszy jeść i pić, a o 13 wystrzeliwujesz się z biura jak z procy (po spakowaniu wszelkich koniecznych papierów i dokumentów, nad którymi będziesz mogła popracować dalej w nocy), aby zmienić dyżur. Torebka i torba na laptopa ważą dobrych kilka kg, ale jeszcze dobrze by było ugotować rosół, co by wzmocnić rekonwalescenta. Zatem do sklepu po drodze do domu i kilogramów przybywa w trzech siatkach. Ciężko. Autentycznie ciężko, tym bardziej, że chód już przypomina trucht, półbieg na rekord (bo każda sekunda się liczy). Jeszcze dopisuje Ci werwa, jeszcze kontrolujesz szybko wpadające w rozpacz myśli “nie da się, po co to wszystko, tak  się męczyć, nie dam rady już, dość mam, nie mogę!” i próbujesz nawet znaleźć w tej sytuacji pewien komizm, znajdując skojarzenie ze sportem ekstremalnym. Sytuacja jednak rozwija się dalej. Przypomnijmy torba z laptopem i toną (im dłużej się niesie, tym cięższe się staje – niepisane prawo fizyki) papierzysk przez plecy, na ramieniu torebka niedomykająca się z przepełnienia, w lewej ręce dwie ciężkie siaty, w prawej jedna, też ciężka z ziemniakami (które się nawet do środy jednak nie przydały) i do tego zaczyna padać deszcz. Parasol, nawet jakby był pod ręką (niby którą zresztą) nie miałby szans na otwarcie. Zawsze jednak tej trzeciej ręki brakuje. Nic to. Deszcz. Tego się można było spodziewać. Wtedy jednak w tym mikropędzie z obciążeniami zaczyna dzwonić w torebce telefon służbowy. Domyślasz się kto. Na pewno szef. Na pewno w sprawie projektu. I gdzie Ty w ogóle jesteś. I możesz rzucić wszystko na chodnik (łącznie ze sobą) i nurkować po telefon, stać w deszczu i udawać, że wszystko masz pod kontrolą. Albo możesz nie. Możesz utonąć w morzu samooskarżających się myśli albo poddać się presji oczekiwań dla matek i dla pracownika. Albo możesz nie. Możesz uznać, że ten jeden dzień, zdarzający się raz na kwartał, może raz na pół roku zdeterminuje całe Twoje myślenie o swoim życiu, funkcjonowaniu jako pracująca Mama. Albo możesz ten dzień (i siebie w nim) poobserwować  jak pod mikroskopem, z życzliwą ciekawością, jak potoczy się dalej. Możesz. Na to masz zawsze i wszędzie wpływ: na to, jak postrzegasz daną sytuację, siebie i innych w niej.

Dobiegasz do domu, bez tchu, mięśnie rąk drżą z wysiłku, ale jesteś na czas. Nastawiasz na rosół. Okazuje się, że to nie szef, tylko w ogóle jakaś pomyłka. Całe popołudnie dbasz o swoje najukochańsze dziecko, jesteś świetną mamą. Wieczorem wszystkie dokumenty sprawdzasz, czytasz, przygotowujesz, jesteś odpowiedzialnym, świetnym pracownikiem. Organizujesz opiekę do piątku godziny 16 i wszystko wraca na swoje ustalone tory. Tej nocy nie wyśpisz się porządnie, ale tak bywa (nie tylko z małymi dziećmi), to normalne.

Jest środa. Znów jesz śniadanie, dzień będzie ciężki, ale na to się przygotowałaś. Najważniejsze, że sprostałaś wtorkowi. Że nie wyciągnęłaś fałszywych wniosków. Że się nie poddałaś. Że tylko umocniłaś swoje przekonanie i wiarę w to, że “da się”: wszystko pogodzić, nie idąc na kompromisy z żadną ze swoich wartości. Zanim będzie czwartek już wygrałaś: bo wszystko jest w Twojej głowie i w Twoim nastawieniu. Na to zawsze masz wpływ. Korzystaj z niego!

 

[Zdjęcie: Chris Karidis]