Dążymy do sztucznie stworzonej utopii, którą ktoś kiedyś zasiał w naszych umysłach. Frustrujemy się, bo chcemy osiągnąć nieosiągalne. A potrzebujemy sobie po prostu uświadomić, że „work-life balance” nie istnieje. Przeczytaj i sprawdź, czy na pewno z tych powodów, o których myślisz?

W określeniu „work-life balance” kryją się co najmniej trzy ograniczające przekonania, które nas ostatecznie unieszczęśliwiają. Czas to zmienić.

Jakie to przekonania?

1. Po pierwsze „work-life balance” przedstawia rzeczywistość dychotomicznie, tworząc ułudę, jakoby składała się ona albo z pracy, albo z życia. Przy czym to drugie – „życie” – to stan lepszy, przerywany stanem gorszym – „pracą”, trwającym akurat przez większość czasu „nie-życia”.

W trakcie „pracy” spieszy się nam do „życia”. Ciągle mamy poczucie, że nam ono mija bezpowrotnie, gdy pracujemy. Coś tracimy, nie do końca wiedząc co, ale poczucie straty jest dojmujące, a zyski z „pracy” nie potrafią go skutecznie zrekompensować. Co najgorsze, dążymy do równego podziału czasu i sił, frustrując się, że nie osiągamy celu, bo przecież ośmiu godzin na „życie” w dzień powszedni już nie mamy. Padamy ofiarą postrzegania czasu w dobach zamiast w godzinach całego tygodnia (24 godziny versus 168 godzin). Bilans dnia wypada na niekorzyść „życia” (o weekendach zapominamy. Zresztą to tylko 2 „wolne” dni versus aż 5 „niewolnych”, więc jak to zbalansować?)

2. Po drugie ukuliśmy takie przekonanie, że „praca” najczęściej przeszkadza w trwaniu w stanie docelowym („życiu”). W najlepszym wypadku jest środkiem do realizowania swojego „życia” i utrzymywania go na określonym poziomie.

Będąc w „pracy” wciąż mamy poczucie bycie nie tam, gdzie chcemy. Ostatecznie niewiele zostaje z naszych zasobów czasu i energii na „życie”, z którego nie czerpiemy po „pracy”, bo nie mamy siły. Jego logistyka (sprzątanie, gotowanie, pranie, prasowanie, zakupy, dojazdy, świat online) skutecznie wypełnia ostatnie wolne minuty, odbierając nam możliwość zrealizowania tego, co chcemy – o ile wiemy, co to takiego.

3. Po trzecie daliśmy sobie wmówić, że „balance” czyli równowaga to cel nadrzędny. Parafrazując Taleba w jego „Antykruchości” – wszystko, tylko nie równowaga! Dążymy do osiągnięcia spokoju, rozumianego jako constans, przeciwieństwo wszelkich wstrząsów. A takie dążenia wcale nam nie służą. Podejmowane w ich imię decyzje sprawiają, że stajemy się coraz bardziej krusi na nieprzewidywalną losowość zdarzeń, jakie niesie życie.

Wydaje się nam, że „balans” to dość przestronna strefa komfortu, w której wystarczy nam miejsca i powietrza na spokojną egzystencję. Żyjemy w tym spokoju na kredyt, w głębi ducha przeczuwając, że prędzej czy później stanie się to, co nieuniknione: koszt takiego „balansu” znacząco przewyższy (potencjalne dziś) straty.

Jak możemy zmienić te przekonania? Również w trzech krokach:

1. Po pierwsze uświadommy sobie, że „work-life balance” to utopia, zniekształcająca naszą rzeczywistość. Świadomość błędnych założeń to krok niezbędny do tego, by wprowadzić zmiany w myśleniu. A nowe myślenie zakłada, że zamiast „work-life” istnieje „life” – po prostu. I „praca” jest jego częścią. Taką samą jak „nie-praca”. Ani jedno drugiemu, ani drugie pierwszemu w niczym nie przeszkadza. A jeśli jednak przeszkadza – to zupełnie inna historia, której potrzebujemy się bliżej przyjrzeć.

2. Po drugie zintegrujmy wszystkie obszary naszego życia i spójrzmy na nie holistycznie. Odpowiedzmy sobie na pytanie, co jest dla nas najważniejsze w każdym z nich. Odpowiedzi będą się różnić w zależności od etapu życia, na jakim się właśnie znajdujemy. Nie ma tu lepszych i gorszych wyborów. Opinie innych ludzi z ich wyborami pozostawmy im i nie sugerujmy się ich komentarzami. Tak samo nie zaprzątajmy sobie głowy wartościowaniem ich wyborów.

Weźmy odpowiedzialność za własne decyzje zgodne z wyznawanymi wartościami, które wprowadzamy w życie i przed pracą, i w pracy, i po. Na tym polega zintegrowanie wszystkich obszarów życia.

3. Po trzecie zapomnijmy o równowadze. Jesteśmy stworzeni do życia w stanie dalekim od równowagi. „[…] organizmy i system dynamiczne istnieją właśnie w takim stanie. Dla nich stan normalności wymaga pewnego stopnia zmienności, losowości, nieustannej wymiany informacji i stresu, co wyjaśnia, dlaczego szkodzi im brak zmienności” jak pisze Nassim Nicholas Taleb w „Antykruchości” (Kurhaus Publishing Kurhaus Media, 2013, str. 87)

Szkodzi nam brak zmienności. Wyobraźmy sobie to, do czego często (jak nam się zdaje) dążymy: urlop (najlepiej wieczny), słodkie nicnierobienie, leżenie w hamaku, na plaży, i tak dalej. Zanudzilibyśmy się ostatecznie na śmierć (podejrzewam, że dosłownie).

Jesteśmy stworzeni do wysiłku intelektualnego i fizycznego oraz do regularnej odnowy energii. Działamy i odpoczywamy w stałych cyklach. Podstawowym błędem, jaki dziś popełniamy jest szukanie wygód, oszczędzających naszą energię, czym osłabiamy nasze organizmy i obniżamy ich odporność na zmienność, która jest w naszym świecie… stała (o ironio!). Potrzebujemy zatem zrozumieć, że nasz naturalny stan to stan nierównowagi.

Zdefiniujmy „balans” na nowo – jako życie w zgodzie z własnymi wartościami.

I zobaczmy, co się wydarzy…

 

[zdjęcie: Unsplash – David Hofmann]